Rozum a zło. Głupota dalekowschodnich mędrców

Profesor Mirosław Żelazny w “Filozofii i psychologii egzystencjalnej” bezkrytycznie przywołuje dalekowschodnią mądrość popularną wśród niektórych psychologów. Jeśli się ją głosi, to albo przyjmuje się wątpliwe założenie, wedle którego perswazja pozwala choremu powrócić z szaleństwa do rzeczywistości, albo daje świadectwo niezrozumienia relacji zachodzących między rozumem praktycznym a złem.

Cytat i komentarz

Uświadomiwszy sobie, że postąpiło się nagannie, należy wyjaśnić jak do tego doszło, a następnie żyć normalnie – czyli bez lęków i wyrzutów sumienia – i jedynie starać się unikać ponownego czynienia zła1.

Podana recepta ma ukryty feler. Dla ludzkiej świadomości różnica między podawaniem przyczyn a usprawiedliwianiem się bywa trudno uchwytna i łatwo ulega zatarciu.

Zdarza się więc, że dany rodzic najpierw oczekuje od dzieci wyjaśnienia niewłaściwego postępowania – bo przecież ludzie powinni wiedzieć, dlaczego robią to lub tamto – a gdy otrzymuje wytłumaczenie, czyni wyrzuty z powodu usprawiedliwiania się. Wygląda to tak, jakby skrycie oczekiwał, że jakaś racja w cudowny sposób odwróci zaistniałą sytuację, przemieni zło w dobro i pozwoli wrócić do normalności. Być może to, co opisuję, zasługuje na miano patologii, ale jest jej całkiem sporo. Nie mówię tu tylko o relacjach między cholerycznymi szefami a zahukanymi podwładnymi. Wewnętrzne pomieszanie oczekiwań występuje szczególnie często wraz z masowym oburzeniem. Gdy różne osoby znajdą się pod obstrzałem słusznych oskarżeń, często pogarszają swoje położenie, bo rozważają zaistniałe zło, nie rozumiejąc jednej rzeczy. Choć przy innej okazji znalazłyby uznanie, otoczenie doceniłoby przeprowadzone rozważania nad przyczynami patologi, teraz spotkają się z jeszcze mocniejszym potępieniem. Okazuje się bowiem, że w oczach opinii publicznej winowajcy: rozwadniają problem, zwalają odpowiedzialność na innych, uciekają od tematu, dehumanizują oponentów i, czepiając się względnie nieistotnych szczegółów, usiłują wywrócić oskarżenia na nitce.

Rozum działa w oparciu o rozpoznanie przyczyn ludzkiego postępowania. Niemniej – jak się wydaje – jednocześnie przeprowadza obronę tego, co ma ulec zmianie. Czemu więc w ogóle rusza z miejsca w sprawach moralnych i zmierza w określonym kierunku?

Świadoma i pożądana zmiana zachowania niewątpliwie wymaga myślenia. Ale wygląda na to – cały czas podążam za błędną sugestią zawartą w pseudo mądrości z Dalekiego Wschodu – że rozum uruchamiając się, unieważnia sens dążenia do celu. Po co unikać zła, skoro refleksja odkrywa dostateczne powody czynienia niegodziwości, a co za tym idzie nieodróżniania jej od cnoty? Nie można oczekiwać, że najpierw ulegnie zatarciu różnica między moralnymi charakterystykami sprawstwa, a potem nastąpi realna próba unikania czegokolwiek.

Wybieranie dla istoty skończonej to czynność łatwa i przyjemna wówczas, gdy występuje istotna i czytelna gradacja opcji od najlepszej do najgorszej, a co więcej, nie ma zbyt wielu podobnie dobrych alternatyw. W konsekwencji w świecie sprawy idą całkiem dobrze, jeśli występujące w nim zło wygląda na bezsensowne i nie daje się uzasadnić.

Przy rozważaniu kwestii moralnych rozum nie popada w cyniczne przeświadczenie, że wszystko ujdzie, o ile pozostaje zaślepionym sługą tego, co zachodzi poza czystą refleksją, czyli na przykład w emocjach, uczuciach, intuicjach. Aby uchronić się przed mieszaniem porządku przyczyn i usprawiedliwień warto oddzielić moment wskazania na zło i przyglądania się złu, które nazbyt przypomina kadzenie mu. Ale jak to zrobić? Rozpatrzę trzy opcje.

Rozwiązania

  • Stworzenie listy złych uczynków i powiedzmy wykonanie prywatnego obrzędu zniszczenia. Albo praktykowanie jakiegoś przesądu.

Rozwiązanie ma poważne mankamenty. Wyizolowana świadomość łatwo popada w fiksacje ciągłej autointerpretacji i w zaklęty krąg subiektywnych rozstrzygnięć moralnych, a ponadto taki obrzęd w ogóle nie spełnia żadnej funkcji publicznej. Wykonuje się go w samotności i nie ma niczego, co mogłoby wskazać na naszą szczerość. Niby wyróżnia się to, co złe, ale na osobności, stroniąc od cudzego spojrzenia.

  • Szczerość do bólu względem przyjaciół lub rodziny

Rozwiązanie zakłada, że należy się zająć tym złem, które zachodzi we wspólnocie względnie odseparowanej od świata zewnętrznego. Nie ma problemu z napięciem między wymogami współżycia społecznego a interesami swoich. Przygodne kontakty z obcymi mogą kształtować się nazbyt dowolnie, a wewnątrz grupowe zostają poddane silnej samokontroli. Wyznawanie sobie wszystkiego może łatwo przerodzić się w zawłaszczanie lub ciągłe rozgrzebywanie przeszłości. Treść zwierzeń wraz z bezustannym współżyciem ze sobą łatwo pada łupem bezustannej gry charakterów, zalet i wad, co więcej, bywa elementem toksycznych związków.

  • Spowiadanie się przed obcymi,  przypadkowymi ludźmi

Może nosić znamiona moralnie wątpliwego ekshibicjonizmu i naraża na niebezpieczeństwo ze strony ludzi złych, gotowych cudze słabości wykorzystać w niecnych celach. Tylko osoby sławne lub znaczące mogą liczyć na to, że obcy zainteresują się tym, co one nabroiły. Zwykły człowiek może liczyć co najwyżej na zainteresowanie osób z bliższego lub dalszego otoczenia.

Ale na szczęście istnieje jeszcze jedno wyjście, czyli spowiedź w Kościele. Ma ona teologiczne aspekty, których tu nie podjąłem. Chciałem wskazać na to, że daje ona możliwość sugestywnego rozdzielenia momentu wskazania na zło i przyglądania się złu i wytłumaczyłem, dlaczego jest to filozoficznie ważne. Ale czy współcześni zdają sobie z tego sprawę?  Aby odpowiedzieć na to pytanie, przyjrzę się kiepskim reakcjom na film braci Sekielskich. Nie specjalnie mnie tu interesuje – czynię zastrzeżenie pod adresem ewentualnych krytyków – czy reżyserzy osobiście są dobrymi katolikami, czy nie.

Odbiór danego dzieła może bowiem albo utwierdzać kulturową dominację chrześcijaństwa, albo wręcz przeciwnie. I zdarza się, że ludzie teoretycznie, więcej, widzialnie stojący po stronie Kościoła, znajdują się całkiem gdzie indziej, niż na to wygląda. Używają samookreślenia „niepokorni”, choć pokora to jedna z cnót chrześcijańskich. Nie lubią tak zwanej pedagogiki wstydu – czyli wykrywania i piętnowania zła u swoich – ale nie widzą jej rozmiarów w Biblii.

Postscriptum

 Dalekowschodni mędrcy z wykładu profesora Mirosława Żelaznego zasługują na krytykę właśnie dlatego, że przeoczyli potrzebę zaakcentowania różnicy między momentem wskazywania na zło i przyglądania się złu. Nawiasem mówiąc, podkreślanie odmienności oglądu i wskazywania wcale nie musi przyjmować katolickiej formy. Stąd nie jest zbyt mądra odpowiedź udzielona przez Starego Wiarusa  pod wcześniejszą, usuniętą wersją tekstu, który wcześniej można było znaleźć na pewnej platformie blogowej:

Ta mądrość orientalna dlatego wydaje się panu posiadać ukryty feler, że nie przewiduje katolickiego samobiczowania – wyznanie grzechów osobie trzeciej czyli spowiedź, skrucha, mocne postanowienie poprawy, pokuta, wyrzuty sumienia do końca życia.  (…) wymagana katolicka sekwencja jest w praktyce fikcyjna.  (…) Nie spotkałem jeszcze złodzieja, który żałowałby, że kradł. Wszyscy żałowali, że dali się złapać.

Argumentacja z fałszywej świadomości i tworzenie chochoła w dyskusji. W tekście wyraźnie powiedziałem, na czym polega problem, ale znów pojawia się typowa sekwencja… Najpierw niewierzący fantazjuje o katolickim samobiczowaniu i wyrzutach sumienia do końca życia, potem stwierdza, że naprędce stworzone wyobrażenie nijak ma się do rzeczywistości, a na koniec odczłowiecza ludzi upadłych. Czyni to albo poprzez niczym nieuzasadnioną ekstrapolację, albo odwołując się do obiegowego sloganu. Mogę więc zakończyć dygresję i wrócić do głównego toku wywodu.

Przypisy:

1 M. Żelazny, Filozofia i psychologia egzystencjalna, Toruń 2011, s. 88.

Dodaj komentarz