Neosceptyk kontra Ateista (cz. 4.)

 

Ateista oddalił się za potrzebą, poszedł na papierosa i złożył zamówienie u barmana. Tymczasem Laik zaczął wypytywać Neosceptyka o jego przekonania na temat mitu i ludzkiej racjonalności. Wydały się one dziwnie bliskie poglądowi o nieobecności Boga w świecie. Zagadnięty w odpowiedzi podjął następujące pytanie. Czym dla człowieka różni się działanie za pośrednictwem rzeczy, bliźnich i Boga?

3. Racjonalność naukowo-techniczna versus duchowa

Laik: A w co ty, Neosceptyku, wierzysz?

Neosceptyk: Moim zdaniem człowiek zrazu wyrażał sens swojej egzystencji przez opowieść, w której dzieje świata i ludzki los splatają się z osobowym lub bezosobowym super sprawstwem angażującym śmiertelnika w określone praktyki. One to przekonują jednostkę o jej uczestnictwie w stosunkach i relacjach niby około ludzkich. Powiązania wyglądają podobnie do znanych z codziennego doświadczenia, tyle że wydają się one o wiele bardziej jednoznaczne, trwałe, rozstrzygające dla oceny życia, wolne od ograniczeń cielesności, pozbawione moralnych półcieni, dysharmonii między możnością etyczną i praktyczną, cnotą a szczęśliwością. Im bardziej postępował namysł nad tym, czym one właściwie są, tym bardziej do głosu dochodziło zerwanie z doświadczeniem. Można więc wyobrazić sobie empiryczne potwierdzenie lub zaprzeczenie twierdzeń o występowaniu satyrów, ale nie o działaniu Pana Boga1. Wskazana różnica nie powstała pod wpływem naporu poznania matematyczno-przyrodniczego — którego w znanym nam sensie właściwie nie było co najmniej do czasów nowożytnych — lecz samorodnej spekulacji filozoficznej i teologicznej, a także rywalizacji między religiami. Ateizm miałby zaś polegać na zwątpieniu w możliwość odnalezienia się w świecie poprzez mit. Jednak wyplątywanie się z opowieści i praktyk na niej opartych samo przybiera postać historii, która nieraz więcej ma wspólnego z baśnią niż z nauką, a co więcej, po przeżywaniu mitu i zwalczaniu go pozostają przesądzenia i nawyki obecne w życiu jednostkowym lub zbiorowym.

Laik: Ciekawe, ale jak dla mnie zbyt ambitne. Gdy zwykli ludzie zadowalają się swoją postchrześcijańską egzystencją, ty szukasz niewiary doskonałej. Można więc odnieść wrażenie, że tworzysz chochoła w dyskusji. Ateizm to po prostu niewiara w bogów, ale już niekoniecznie w dalekowschodnie cykle wcieleń tej samej duszy dążącej do wyzwolenia z więzienia ciała – powiedzą – a nie program zwariowanej racjonalności, która równie krzywym okiem patrzy na istoty wyższe, buddyjską reinkarnację, opowiastki o umieraniu pobożności i inne cuda.

Neosceptyk: Pozwolisz, że jednak podążę wyznaczoną drogą poważnej refleksji. Gdy dochodzi do dyskusji między wierzącymi i niewierzącymi, jedna ze stron zwykle odwołuje się do afirmacji skuteczności właściwej dla techniki i nauki. Bezbożność wiąże z pewnym podejściem do człowieczeństwa, które właśnie odrzucam. Sympatyzuję z radykałami głoszącymi, że oświeceniowa racjonalność sama wyrasta z mitu i w mit się obraca. Zaczyna od walki z nastawieniem kontemplatywnym, wpatrzonym w cudowne opowieści i wynajduje taki punkt widzenia, który bez reszty utożsamia dokonywanie odkryć z kontrolowaniem bytu oraz określeniem jego użyteczności i tym samym wyklucza wiarę w Boga, w cuda, w królów. Echem tego są argumentacje ateistów, którzy się dziwią, czemu to, powiedzmy, Jezus i apostołowie nie postawili na produkcję pieczywa, skoro wedle Ewangelii można łatwo i przyjemnie rozmnażać chleb.

Inaczej mówiąc, logicznym finałem tak zwanego odczarowania świata wydaja się masy ludzi zbędnych, zarządzane przez wąską warstwę arystokracji technologicznej. To znaczy przez posiadaczy takich środków produkcji, które w coraz większym stopniu obywają się bez pracowników lub tradycyjnych form zatrudnienia. Kresem kapitalizmu jest więc społeczeństwo zdolne do przetrwania tylko o tyle, o ile potrafi ono kultywować to, co nie podlega ekonomicznej instrumentalizacji, inżynieryjnemu panowaniu, technicznej kontroli i jednocześnie pozostaje wartościowe. Inaczej mówiąc, musi być między innymi religijne.

Laik: Wśród ekonomistów cały czas trwają dyskusje. Nikt nie neguje tego, że istnieje zjawisko, do którego się odwołujesz. Rzeczywiście, wielu naukowców obawia się przyszłych problemów społecznych, wynikających z systematycznego wypierania człowieka z rynku pracy przez roboty i komputery. Ale nie brakuje uczonych twierdzących, że bezrobocie technologiczne ma charakter przejściowy. W ujęciu zwolenników tak zwanej teorii kompensacji wynika ono z różnicy między czasem potrzebnym do wdrożenia technologii — która zmniejsza liczbę ludzi potrzebnych do danej działalności gospodarczej — a ilością czasu potrzebną do przekwalifikowania pracowników2. A ponadto z twoich poglądów zdaje się wynikać, że Bóg jest nieobecny w świecie lub nie interesuje się człowiekiem. Czym ty właściwie różnisz się od ateisty, skoro pobożność to dla ciebie tylko praktyka oparta na gadaniu?

Neosceptyk: Jest całkiem do pomyślenia, że w pewnym momencie zdolność do usprawniania produkcji przeważy i ludzie nie znajdą już nowych potrzeb i sposobów płatnego zagospodarowywania rąk. Nie wiem, czy to się stanie, być może wcześniej ludzkość cofnie się w rozwoju z powodu gwałtownych zmian klimatu i katastrof ekologicznych. Nie chciałem skupiać się na ekonomii, lecz na konsekwencjach podejścia, dla którego istnieje tylko techniczna konkretność zasobów i narzędzi albo paplanina.

Laik: Nie rozumiem.

Neosceptyk: Sprawdźmy więc, czym dla człowieka różni się sprawstwo za pośrednictwem Boga, innych ludzi oraz bytów materialnych, w tym organizmów żywych, zwierząt i roślin.

Laik: Zamieniam się w słuch.

Neosceptyk: Zacznijmy więc od tych ostatnich. Człowiek może dowolnie badać i zgłębiać to, jak działają byty cielesne, i coraz lepiej rozumie istniejące związki przyczynowo-skutkowe. Kontroluje osiąganie celów, doskonali środki i narzędzia. Jeśli zaś współpracuje z innymi ludźmi, niekoniecznie występuje w roli podrzędnej i nieraz nie musi czekać na fiasko działania, aby przekonać się, że występują problemy przy współpracy.

Laik: Ale w czym problem? Zgodnie ze stereotypem przez wieki ludzie mieli całkiem podobny stosunek do bogów. Oczekiwali skuteczności, a gdy nie mogli się jej doczekać, to albo zmieniali pośredników, albo zaczynali czcić innych panów. Niebo i podziemia wypełniali skonfliktowanymi siłami wyższymi, które jak myśleli śmiertelni, dawały się rozgrywać. Przekonanie o możliwości uprzedmiotowienia niebian i ich uzależnienia od człowieka bywały posunięte bardzo daleko, odcisnęło się na przykład w mezopotamskim powiedzeniu mądrościowym, wedle którego bożka można wytresować jak psa, by biegał za zwykłym zjadaczem chleba3. Jeśli więc dany idol nie chciał uzdrowić wyznawcy, wnet był posądzany o sprawstwo i porzucany; zawiedziony czciciel szukał pomocy u konkurenta wcześniejszego opiekuna. Podejście instrumentalne nie znikło, lecz co najwyżej uległo przemianie i niewiele pomogły tu wysiłki kaznodziejów i teologów. Różnica polega chyba tylko na tym, że ludzie w przytłaczającej większości przestali przejmować się nadprzyrodzonymi konkurentami Boga. Aby nie pozostać gołosłownym, przytoczę fragment z kazania dominikanina Andrzeja Szustaka:

Nie da się z Bogiem prowadzić żadnego handlu wymiennego. Jeżeli więc dalej myślisz, że pójdziesz do nieba dlatego, że postarasz się być święty, to od razu puknij się w głowę. Wyrzuć w końcu to myślenie, że u Pana Boga trzeba sobie na coś zasłużyć. Niestety większa część naszego Kościoła ma w głowie takie myślenie o Panu Bogu i gdyby istniało coś takiego jak duchowy skaner, którym można by prześwietlać ludzi, z czym w sercu przychodzą na mszę niedzielną, to pewnie od razu by się okazało, że większość z nas ma przy sobie wołu, dwa barany, sześć kur i coś tam jeszcze. Jednym słowem: handel4.

Neosceptyk: Jeśli ludzie nie wierzą w niebiańskich konkurentów Boga, to już masz pewien sukces teologów i kapłanów. Przywołany kaznodzieja ma rację, wskazując na zerwanie – które jak zdiagnozował – bywa spychane w cień przez praktykę członków Kościoła. Czy wiesz, jak przekłada się ono na spostrzeganie Bożego działania?

Laik: Nie wiem.

Neosceptyk: Zacznę od tego, że w katolicyzmie występują takie przekonania o błaganiu Boga, które z założenia opiera się na zapewnieniach instytucji religijnej i nie ma nic wspólnego z doczesnym doświadczeniem. Jeśli ktoś prosi na przykład o skrócenie mąk dusz cierpiących w czyśćcu, czyni to, bo ufa autorytetowi Kościoła, a swoje ewentualne doświadczenia mistyczne przeżywa jego zmysłami.

Laik: Jasne.

Neosceptyk: Za cel właściwy modlitwie nie uważa się dóbr pomniejszych, ale dość wymiernych, takich jak zdrowie czy sukces. Święty Grzegorz z Nysy za doskonałą uważał taką rozmowę z Bogiem, która prowadzi do pojawienia się i pomnożenia tego, co święty Paweł nazywał darami Ducha, czyli miłości, radości, pokoju, dobroci, opanowania5.

Laik: I dalej jesteśmy daleko od odpowiedzi na pytanie, jak działa Bóg.

Neosceptyk: Idę więc dalej. Gdy człowiek pobożny chce czegoś od swego Pana i to dostaje, bierze to za dowód jego obecności i opieki. Jeśli jest bardziej wyrafinowany, przed wyciągnięciem wniosku przeprowadzi rozeznanie duchowe, rozważy, czy dane wydarzenia rzeczywiście popchnęły go ku ucieleśnieniu wyznawanych ideałów, czy też od nich odciągnęły.

Laik: A gdy się nie sprawdza?

Neosceptyk: Nieskuteczność tłumaczy sobie tym – jak czyni to dominikanin Jacek Woroniecki w swoich rozważaniachże jest zły, źle prosi lub po prostu stara się o rzeczy niepasujące do Bożych planów, które mają na uwadze przede wszystkim zbawienie ludzi i chwałę Stwórcy6. O ile chce pozostać wierny doktrynie, o tyle nie może testować Pana Boga za pomocą modlitwy, sprawdzanie Go podpada pod pychę i grzeszne wystawianie na próbę.

Laik: I co w związku z tym? Cały czas skupiasz się przede wszystkim na działaniu człowieka, super sprawstwo Boga pozostaje ukryte w cieniu, nieodgadnione.

Neosceptyk: Ano właśnie. Chrześcijanie łatwo wiążą sprawy całkiem przyziemne ze zbawieniem przygotowywanym przez Stwórcę, postępują tak, jakby mieli łatwość w przenikaniu planów Bożych i zasypują Niebo prośbami o pomyślność, urodzaj, zdrowie i inne rzeczy. A gdy ktoś uskarża się na nieskuteczność swojej modlitwy, słyszy o trudnościach w nawiązywaniu relacji z Bogiem. Stąd wydaje się, że albo Stwórca z niewiadomego powodu jednym daje się łatwo odgadnąć, pozwala doczesną pomyślność wiązać ze zbawieniem wiecznym, a innym nie, albo że ogół wiernych śle błagania na właściwy adres, ale nie czeka odpowiedzi.

Laik: I jak z tego wybrnąć? Wiara zaczyna przypominać grę na loterii. Po co mam prosić Boga o cokolwiek doczesnego, skoro jak dowiaduję się z nauk o modlitwie, wszystko sprowadza się do podporządkowania Jego woli i realizacji pośmiertnych przeznaczeń? Nie rozumiem, czemu niezmiernie potężny i mądry Stwórca miałby oczekiwać ode mnie próśb w sprawach niezwiązanych bezpośrednio z tym, co ode mnie zależy w relacji z Nim, skoro i tak więcej może, lepiej wie, zawczasu przygotował.

Neosceptyk: Dzieje się tak, jak opisałeś, gdy kładzie się nacisk przede wszystkim na proszenie i bycie petentem siły wyższej, a nie na oddawanie czci i przebłaganie. Tymczasem już sama modlitwa Ojcze Nasz w jednej połowie składa się z pochwał wyrażonych za pomocą próśb, a w drugiej części zawiera życzenie dotyczące rzeczy, z którymi przy dzisiejszej produkcji żywności nie powinno być problemu, obwarowanie ofiarowanego przez Boga wybaczenia własną postawą względem bliźnich i błaganie o pewne działania oraz zaniechania ze strony Stwórcy, które tak czy inaczej, pozostają trudne do uchwycenia. Nie wiadomo, jak Bóg godzi swoją potęgę i wyższość z daną nam wolnością do wpływania na Boże plany, ale wydaje się, że modlitwa może przynieść pewne korzyści psychologiczne. Wielbienie to chyba całkiem dobry środek do przezwyciężania ludzkiej skłonności do przeceniania roli zła i nieszczęść w otaczającym świecie. A medytacja, w której wyraża się błaganie i uległość względem Boga, może uchronić przed błędami poznawczymi towarzyszącymi władzy, panowaniu7.

Przypisy:

1 W ramach autokomentarza biorę do ręki artykuł Łukasza Remisiewicza: Jak filozofia empirystyczna zmienia myślenie socjologa… Autor rozważa i neguje sensowność socjologicznych definicji religii w świetle wymogu osiemnastowiecznego filozofa Dawida Hume’a, który wiązał sensowność słów z bezpośrednim lub pośrednim odniesieniem do doświadczenia. Czytam między innymi:

Przypuśćmy, że ktoś wymyślił pojęcie »satyra« na określenie wszystkich stworzeń, które z wyglądu przypominają w połowie człowieka, a w połowie kozła. Pojęcie to jest równie »prawdziwe« jak każde inne”’. To, że nie widzieliśmy dotychczas żadnego satyra, sprawia, że definicja jest pusto spełniana. Jest natomiast precyzyjna i sensowna poznawczo . Wiemy bowiem, czym jest człowiek, wiemy też, czym jest kozioł, gdybyśmy zatem zobaczyli kiedyś postać łączącą cechy człowieka i kozła, wiedzielibyśmy, jak ją nazwać. Wiemy też, czego szukać, gdybyśmy przypadkiem wyruszyli na poszukiwanie satyrów. W tym miejscu warto zauważyć, że definiując przedmiot za pomocą słów, musimy posiadać pewną wiedzę pierwotną. Dotyczy ona słów, którymi posługujemy się, definiując. Pojęcie „satyra” straciłoby swoją wartość, gdyby zaszła sytuacja, w której nie wiedzielibyśmy, co jest kozłem, a co człowiekiem. [] Powróćmy do przykładu z satyrem. Czy jeżeli za części składowe jego definicji, zamiast człowieka i kozła, podstawilibyśmy guechylę i prankswersa, mielibyśmy tak samo jasną sytuację? Nie mielibyśmy z prozaicznego powodu: nie wiemy, co oznaczają przedstawione wyżej terminy, nie moglibyśmy na ich podstawie wyodrębnić jakichkolwiek specyficznych bytów z puli bytów dostępnych. W tym wypadku sprawa jest jasna, ale wymóg Hume’a nie tutaj stanowi największą kontrowersję. Dotyczy on wszakże również pojęć religijnych, a w tym,przede wszystkim, pojęcia „Bóg” z wszystkimi jego, popularnymi również w socjologii, synonimami: „byt duchowy”, „byt transcendentny”, „Największa Istota”, „Absolut”. Jeśli zatem wymóg Hume’a jest słuszny, oznaczałoby to, że wszystkie te wyrażenia są bezsensowne. (Ł. Remisiewicz, Jak filozofia empirystyczna zmienia myślenie socjologa na temat religii , [w:] „Studia Philosophica Wratislaviensia” 3/2011, s. 110-111.)

Tu pojawia się pewien problem w wywodzie autora. Jeśli rozłożymy definicje Boga na składowe, okaże się, że jednak mamy do czynienia co najwyżej z przypadkiem mówienia o satyrze, a nie zbitki guechyly i prankswersa”. Słowa: „potężny”, „mocny”, „dobry”, „wiedzący”, „sprawiedliwy”, „wszech”, „byt”, „niewidzialny”, „poza”, „rzeczywistość”, „czas”, „przestrzeń”, „duch” są sensowne. Dopiero połączenie treści wziętych z doświadczenia odrywa pojęcie od tego, co znane i znaczenie czyni zagadką. Dla jednych holocaust będzie więc karą za grzechy, dla innych świadectwem obojętności i milczenia Stwórcy lub zgoła Jego nieistnienia, dla jeszcze innych przykładem wystawienia ludzi na próbę albo potwierdzeniem fałszywości judaizmu. Stąd całkowitym nieporozumieniem jest projekt twórców tak zwanego „nowego ateizmu”, którzy rozprawiają o błędnej hipotezie Boga.

Przywołany autor parę lat po publikacji komentowanego tekstu napisał rozprawkę, w której na gruncie wyznawanych poglądów empirystycznych uznał teologie różnych religii za nauki formalne, podobne do logiki i matematyki. Ale niekoniecznie ma to związek z moją argumentacją. Ł. Remisiewicz, Teologia jako nauka formalna, „Analiza i Egzystencja” 32/2015, s. 113-142.

2Ł. Afeltowicz, Czy technika pozbawia nas pracy? Bezrobocie technologiczne w perspektywie teorii aktora-sieci, „Studia Socjologiczne” 1/2007, s. 108. [dostęp. 5.07.2019.]

3W. Burkert, Stwarzanie świętości. Ślady biologii we wczesnych wierzeniach religijnych, Kraków 2006, s, 195.

4A. Szustak, Targ zamknięty, Nowy Sącz 2018.

5 P. Szewczyk, W ten sposób sprawdzisz skuteczność modlitwy,  [dostęp. 07.07.2019]

6J. Woroniecki, Warunki skutecznej modlitwy [dostęp. 07.07.2019]

7W artykule Bogusława Wojciszke można przeczytać między innymi: człowiek zaczyna patrzeć na świat społeczny z perspektywy kota wśród myszy – koncentruje się na nagrodach i szansach, ignorując zagrożenia. Doświadcza też wzrostu nastroju i pozytywnych emocji oraz popada w skłonność do automatycznego i powierzchownego przetwarzania informacji – podejmując decyzje, ma skłonność do posługiwania się heurystykami, zaś oceniając podwładnych, ma tendencję do popadania w schematy i stereotypy. Na poziomie behawioralnym pojawia się rozhamowanie, czyli skłonność do łamania norm społecznych – od norm dobrego wychowania do norm moralnych. Zachowanie osób zajmujących pozycje nadrzędne staje się mniej podatne na wszelkie wymogi sytuacyjne i w większym stopniu wyraża własne motywy i cechy osoby sprawującej władzę („wychodzi szydło z worka”). B. Wojciszke, Psychologia władzy, [w:] „Nauka” 2/2011, s.57.

1 komentarz do wpisu “Neosceptyk kontra Ateista (cz. 4.)”

Dodaj komentarz