Osadzenie koanu – polemika (cz. 2.)

Publikując poprzedni tekst, zaliczyłem wstydliwe wtopy redakcyjne, które wyłapali życzliwi czytelnicy, za co jestem bardzo wdzięczny. Jedną omyłkę już poprawiłem i nie ma potrzeby, aby o niej wspominać, drugą też, ale nie całkiem. Gdy pisałem, byłem zasugerowany odrębnością dwóch części wystąpienia Katarzyny Guczalskiej i myślałem, że tworzą one odrębną i zamkniętą całość. Na szczęście zostałem wyprowadzony z błędu, a że reszta komentowanej wypowiedzi zachęca do kontynuacji dyskusji, postanowiłem do niej przystąpić.

Zniuansowanie

Katarzyna Guczalska ma ciekawe podejście do obecności powiedzenia o śmierci Boga w kulturze. Skupia się na znaczeniu publikacji z lat sześćdziesiątych, a popularność i masowe oddziaływanie pism Friedricha Nietzschego pomija milczeniem. Powiada, że w szóstym dziesięcioleciu dwudziestego wieku liczni autorzy przepracowywali traumy dwóch wojen światowych, rozprawiali o kryzysie nowoczesnego świata, niemożliwości wiary po holocauście. I w konsekwencji wypracowali najróżniejsze interpretacje, które, jak to bywa w humanistyce, zaciemniły temat:

Oczywiście, jak ktoś dziś mówi śmierć Boga, to nie bardzo wiadomo, co ma na myśli, bo bardzo różne rzeczy może mieć na uwadze. Może to oznaczać po prostu kryzys religii, może to oznaczać metaforę upadku wielkiej narracji religijnej, a nawet narracji metafizycznej, może to oznaczać po prostu ateizm jak u Nietzschego, ale może oznaczać również pewną indywidualizację naszego stosunku do Boga, po prostu taki łagodny agnostycyzm: nie wiem, nie wypowiadam się. To taka świadomość, że nasze zachwyty nad Bogiem są warte tyle samo, ile ich przeciwieństwo. […] Ale są to także oskarżenia, że Bóg jest zły. […] trauma wojen religijnych, trauma braku jedności chrześcijan, molestowania seksualnego w Kościele.

W krytykowanym komentarzu brakuje odniesienia do tych znaczeń tak zwanej śmierci Boga, które pojawiły się w facebookowych komentarzach do pierwszej części polemiki.

Dygresja – dwie wypowiedzi czytelników

Pierwsza wypowiedź kładzie nacisk na to, co Friedrich Nietzsche wyraził, tworząc metaforę Boga, który jak wąż zmienia skórę. Już sam dziewiętnastowieczny filozof włożył w swoje pojęcie bardzo wiele znaczeń. Gdyby chciał mówić po prostu o zeświecczeniu społeczeństwa albo o kryzysie instytucji, albo o czymś podobnym, użyłby bardziej precyzyjnych słów. Nie wymyślałby pojemnego pojęcia, które interpretatorzy daremnie próbują uładzić i dostosować do pozytywistycznej mentalności. Ono wciąż wymyka się i sugeruje także sensy, które są niepożądane ze scjentystycznego punktu widzenia, nawet platońskie. Nietzscheański gest uznania niepoprawnych interpretacji za poprawne, utożsamienia zdradzania Zaratustry z wiernością Zaratustrze, przedłożenie napięcia przeciwstawnych racji nad ich dialektyczną syntezę, trafnie zdiagnozowana prze Karla Jaspersa dążność do powiedzenia wszystkiego i przeciwieństwa tegoż wszystkiego… To razem wzięte sprawia, że rzeczywiście złe czytanie filozofa właściwie się nie zdarza. Nawet jeśli ono istnieje, to dzięki zabiegom autorytetów czuwających nad dobrym wizerunkiem myśliciela. Tym samym podejście platonizujące do idei śmierci Boga jest uprawnione. Głosi ono, że Stwórca się nie zmienia, przekształceniu ulega tylko Jego obraz. Idę dalej:

Druga wypowiedź bazuje na prostym rozumowaniu. Skoro w katolickim wyznaniu wiary mówi się o śmierci Jezusa Chrystusa, który był Bogiem, to tym samym na krzyżu umarł Bóg, Przywołane wyobrażenie jak najbardziej funkcjonuje, pojawia się na przykład w różnych audycjach nadawanych z okazji świąt wielkanocnych, ale z punktu widzenia katolickiej teologii jest niepoprawne. Według niej Zbawiciel umierając na krzyżu, niczego nie zmienił w swoim bóstwie, Ojcu ofiarował jedynie doskonałe człowieczeństwo.

Znaczenia wymienione i mniej lub bardziej rzetelnie omówione przez Katarzynę Guczalską

Moim zdaniem w śledzonym wywodzie rdzeniem idei jest ateizm lub przynajmniej to, co osłabia widzialne postacie religijności. Tak zwana śmierć Boga ma oznaczać:

  • Kryzys religii – nazbyt ogólnikowe i potencjalnie mylące

Jeśli powiedzmy, Jan Kowalski należał do Kościoła Katolickiego i przeszedł do protestanckiego zboru, a następnie znów stał się katolikiem, to niewątpliwie miał kryzys wiary. Całkiem możliwe, że współwystępował on wraz z poważnymi problemami poszczególnych instytucji i organizacji konfesyjnych. Czy tym samym świadomość Jana Kowalskiego ma cokolwiek wspólnego z rdzeniem tego, co autorka rozumie przez śmierć Boga? Oczywiście, że nie.

  • Metaforę upadku wielkiej narracji religijnej – mało zrozumiałe

Tłumaczenie metafory przez zagadkowe wyrażenie właściwe dla niektórych nurtów współczesnej filozofii, które na dodatek nie opisuje rzeczywistości, lecz ją projektuje. Współczesność jest wypełniona rywalizacją fundamentalizmów i wojnami kulturowymi.

  • Ateizm – najbliższe prawdzie

Ze śmiercią Boga mamy do czynienia wówczas gdy to, co występuje jako bezbożny postulat w ramach dyskusji światopoglądowej, staje się powszechnie uznanym, wręcz niezwuażanym banałem. To znaczy wtedy, gdy w ludzkiej świadomości nie ma już nawet śladu po różnicy między Allachem a krasnoludkiem lub Jezusem a jeszcze jednym nauczycielem żydowskim.

  • Indywidualizację stosunku do Boga, łagodny agnostycyzm – pomieszanie z poplątaniem

Obojętność religijna pasuje do rozważanego pojęcia, ale bardziej osobisty stosunek do Boga już nie. Według agnostyka nie ma relacji z kimś, kogo nie sposób poznać. Utożsamienie duchowej indywidualizacji z powstrzymywaniem się od sądu wskazuje na to, że autorka zachowuje się jak ślepiec rozprawiający o kolorach. Oryginalność widać za to na przykład w modlitwie:

Jezu, Ty jesteś Dobrym Pasterzem stad ziemskich i niebieskich, a ja sokołem na Twoim ramieniu. Frunę w powietrze, gdy dasz znak. Lecąc, chcę słyszeć brzmienie Twego głosu. Bez niego spiesząc zagubionym z pomocą, śmierć niosę zamiast ocalenia, bo wszystko widzę nazbyt z góry. Niechaj sokół słyszy Sokolnika! Niechaj sokół słyszy Sokolnika!

  • Niemożliwość wiary po różnych traumach historycznych, zwłaszcza holocauście – koń trojański w rozważaniach Katarzyny Guczalskiej

Mówczyni przywołuje apodyktyczną interpretację przeszłości, która każe zabsolutyzować cierpienie jednego narodu i uczynić je batem na pobożność. Głosi się prawdę, która ma obowiązywać ogół ludzi, przynajmniej tych wykształconych i na kulturalnym poziomie. Jak to pogodzić z późniejszymi i wcześniejszymi słowami autorki? Według niej współczesne czasy są przecież naznaczone indywidualizmem, a co za tym idzie, surowa moralistyka kościelna nie ma żadnej mocy, niczego nie zdziała. Wielkie narracje się załamały, a przywiązanie do określonych znaczeń czy sensów świadczy o dogmatyzmie i nagannym braku giętkości umysłu. Pojawia się więc pytanie, co Katarzyna Guczalska powiedziałaby na następujący koan:

Gdy jadąc samo-chodem, znów usłyszysz moralistę rozprawiającego o zagładzie – gazuj.

Kolejny problem to wpasowanie teologii po holocauście w szerszy kontekst wywodów. Wynika z nich, że tak zwana śmierć Boga nastąpiła na długo przed narodzinami faszyzmu. Zaczynała się wraz z rozpadem chrześcijaństwa, wojnami religijnymi, a potem kulminowała w procesach sekularyzacji kultury europejskiej i uobecniała w twórczości nowożytnych filozofów. Gdy łączy się genezę zeświecczenia z problemami niektórych nurtów teologii po holocauście, powstaje wybuchowy koktajl.  Ludzkość zaczyna przypominać rozkapryszone dziecko, które najpierw wpadło na pomysł Kartezjańskiego zamknięcia oczu, robienia z Bogiem co się chce, a potem w wyniku dłuższej ewolucji ideologicznej postanowiło się samookaleczyć. Słucham interpretacyjnych wynurzeń, w których w wątpliwy sposób utożsamia się Kartezjańskiego demona zwodziciela z Bogiem:

Uważam, że na gruncie filozofii należałoby zwrócić uwagę na kilku poprzedzających wystąpienie Nietzschego filozofów. Pierwszy to będzie Kartezjusz, moim zdaniem, ponieważ w kartezjanizmie pojawia się myślenie jako fenomen całkowicie autonomiczny. Kartezjusz uczy nas, że to świadomość jest dysponentem pojęć, nawet pojęcia Boga, czy nawet świadomość ustawia pojęcie Boga, czy świadomość może nawet zachwiać potęgą Boga. Na chwilę u Kartezjusza Bóg staje się kłamcą.

Inne, osobliwe tezy

W dalszej części wystąpienia Katarzyna Guczalska przedstawia własne poglądy. Śmierć Boga uznaje za tożsamą z kulturą, a w szczególności z działaniem instytucji religijnych. Kryzys kościołów ma polegać na tym, że zanika doświadczenie Boga i pojawiają się jego substytuty w postaci norm bioetycznych oraz ekonomiczno-społecznych. Słucham między innymi:

Uważam, że mamy do czynienia z dojmującym doświadczeniem braku doświadczenia duchowego w ramach instytucji, które zostało właśnie wyrugowane i zamienione w działalność zastępczą: teologiczną, polityczną, medialną, intelektualną. W miejsce duchowości pojawiła się aktywność religijna i antyreligijna. […] Moim zdaniem duchowość rozgrywa się zupełnie gdzie indziej. […] Tam gdzie człowiek w wysiłku indywidualnym przekracza sam siebie. Duchowość to nie jest system nakazów, zakazów, przywilejów, to nie jest presja etyczna i tak dalej.

Wyłożone rozumienie duchowości jest ahistoryczne i wyprane z pozytywnej treści. Tym samym podlega tej samej krytyce, którą autorka zastosowała względem Heideggerowskiego mówienia o Bogu:

Heidegger otwiera się co prawda na tajemnicę, jakąś źródłowość, bycie to się u niego nazywa. Ale Bóg w gruncie rzeczy staje się u niego coraz bardziej niewidoczną plamką. W sensie pozytywnym my nie potrafimy o Bogu nic powiedzieć, nic konkretnego. Mówi się, że filozofia Heideggera to jest otwarcie na Boga, czekanie na Boga, wskazywanie na Boga, naprowadzanie na Boga, przywoływanie Go, przyzywanie, ale w gruncie rzeczy brak nam jakiejkolwiek pozytywnej treści.

Ale to jeszcze nie wszystko. Jeśli chcemy utożsamić duchowość z bliżej nieokreślonym przekraczaniem samego siebie, to zachodzi jedno z dwojga:

  • Albo pozostaje ona skrycie podporządkowana jakiejś moralistyce, jakimś ideałom i bynajmniej nie jest poza dobrem i złem. Niby obiecuje się wolność dionizyjskiego dziecka, ale kończy się ona dokładnie tam, gdzie areligijna moralistyka podaje rękę religijnej.

  • Albo mamy do czynienia z niebezpieczną ideą.

Autorka chciałaby, abyśmy czytali wygłoszony postulat zabicia napotkanego Jezusa jako bardzo swobodną interpretację Biblii, z której wynika zgoda na społeczną marginalizację chrześcijaństwa lub zgoła jego porzucenie. Ale uwzględnienie chrześcijańskiego samorozumienia prowadzi do odmiennych wniosków. Brzmi on po prostu satanistycznie. W przeciwieństwie do przytoczonej modlitwy, która z Dobrego Pasterza czyni Sokolnika, bynajmniej nie wygląda na oryginalny czy ciekawy. Jeśli na przykład połączy się go z ewangeliczną przypowieścią, w której Zbawiciel utożsamia się z każdym krzywdzonym człowiekiem może być odczytany jako zachęta do potęgowania zła. Czy autorka wystąpienia postanowiła uwiarygodnić postawę księdza profesora Tadeusza Guza? Odpowiedzieć na jego krytykę heglizmu popisem naiwnego antyklerykalizmu? Trudno powstrzymać się od złośliwości, skoro autorka wystąpienia twierdzi na przykład, że kler oderwał katolików od tego, co uważają za Słowo Boże i próbuje ich prowokować kawałkami typu:

Jezus nie był Bogiem, bo się uważał tylko za syna Boga.

To kuleje na poziomie elementarnej logiki, równie dobrze można utrzymywać, że ludzkie dziecko nie jest człowiekiem. Do chrystianizmu jak najbardziej przynależy idea złączenia bóstwa i świętości z cielesnością, takim lub innym ucieleśnieniem. Warto tu powtórzyć to, co kiedyś dowiedziałem się od wrocławskich charyzmatyków:

W chrześcijaństwie chodzi o przebóstwienie człowieka poprzez przybranie i włączenie w wewnętrzne życie Boga, dzieło dokonane przez Jezusa Chrystusa.

Podobnie nie przekonuje mnie wygłoszona przez prelegentkę teza, wedle której Jezusowi nie zależało na budowie trwałej instytucji religijnej. Rozumiem, że fragmenty mówiące na przykład o Piotrze-skale, na której zostanie oparty Kościół, bywają uważane za późniejsze wstawki. Ale taka linia argumentacyjna nie brzmi przekonująco w ustach kogoś, to twierdzi, że pośrednicy wiary wszystko psują. Albo podkreśla, że Bóg nie ma sklerozy i wszystko zostało zapisane przez osobistego sekretarza proroków i Jezusa.

Owszem, autorka podpiera się w swoich wywodzie pomysłami wybranych teologów protestanckich, którzy mieli je sformułować w reakcji na traumę drugiej wojny światowej. Twierdzi, że według nich:

  • Z jednej strony, duchowni powinni oddać się całkowicie na służbę drugiemu człowiekowi i nic nie posiadać, a z drugiej, zarabiać wykonując świeckie zawody.

  • Kościół powinien uprawiać dobroczynność, ale jednocześnie zrezygnować z określania i pouczania o tym, czym jest dobro, a także przyjąć postawę całkowicie pacyfistyczną.

 Opisane postulaty wyglądają na zgoła nieewangeliczną próbę rozłączania zboża i chwastu przed właściwym czasem i nijak się mają do następujących ustaleń. Odruchowym kontrargumentem na to, że papież zbyt mało robił dla ratowania Żydów w czasie drugiej wojny światowej, jest wskazanie na jego polityczną słabość, domniemany strach przed wyniszczeniem instytucji przez zbrodniczy reżim. Za rozbratem między etykami religijnymi a niereligijnymi nieraz stoją realne dylematy moralne, a nie tylko czyjaś chytra kalkulacja czy chciejstwo. I albo się efektywnie zarabia, robiąc karierę, albo wszystko poświęca bliźnim.

PS: zapis wypowiedzi starałem się przeprowadzić wiernie, tylko miejscami wprowadziłem drobne zmiany redakcyjne, które nie zmieniły treści wystąpienia.

Nagrania:

K. Guczalska, Śmierć Boga, koan i narodziny ducha cz. 1. YouTube, [dostęp 04.08.2019].

K. Guczalska, Śmierć Boga, koan i narodziny ducha, cz. 2. YouTube, [dostęp 04.08.2019].

K. Guczalska, Śmierć Boga, koan i narodziny ducha cz. 3. YouTube, [dostęp 08.08.2019].

K. Guczalska, Śmierć Boga, koan i narodziny ducha, cz. 4. YouTube, [dostęp 08.08.2019].

K. Guczalska, Śmierć Boga, koan i narodziny ducha, cz. 5. YouTube, [dostęp 08.08.2019].

4 komentarze do wpisu „Osadzenie koanu – polemika (cz. 2.)”

Dodaj komentarz